żywa Wiara

Świadectwa wiaryZOBACZ WSZYSTKIE

Miłosierdzie Boże nad moją duszą – część I

autor: Kathy Schwehm

użytkownik: MRak z dnia: 2018-09-18

     Urodziłam się w katolickiej rodzinie włoskich imigrantów. Mój ojciec odszedł od nas kiedy miałam dwa lata. Od tamtej pory mama stała się bardzo surowa szczególnie w kwestii religii.

     Podczas Wielkiego Postu chodziłam do spowiedzi i na msze codziennie przed lekcjami w szkole. Moja mama nie zawsze chodziła ze mną i rodzeństwem do kościoła. Byłam bardzo wystraszona wchodząc do kościoła ponieważ wiedziałam, że musiałam iść do spowiedzi, podczas której musiałam wyznać grzechy, wypisane na liście.

     Będąc dzieckiem nie martwiłam się nad tym, że to, co robiłam było złe. Zawsze starałam się wymyślić jakiś grzech, który popełniłam w ciągu 24 godzin po to, aby coś wyznać księdzu na spowiedzi. Generalnie zawsze spowiadałam się z tych samych trzech grzechów kiedy chodziłam do spowiedzi co tydzień, ale podczas Wielkiego Postu naprawdę bałam się codziennej spowiedzi. Wtedy potrzebowałam więcej niż tych samych trzech grzechów do wyznania, ponieważ obawiałam się, że jeśli będę wyznawać te same trzy grzechy każdego dnia to ksiądz rozpoznałby, że jestem obłudna wobec niego.

     Takie były wczesne wspomnienia dzieciństwa. Niewiele wiedziałam o nauczaniu Kościoła Katolickiego. To spowodowało, że odeszłam od Kościoła i zaczęłam szukać Boga w innym Kościele.

     Mając 10 lat byłam bardzo nieszczęśliwa, że należałam do Kościoła Katolickiego. Zadawałam wiele pytań różnym katolickim kapłanom i zakonnicom. Najlepszą rzecz, jaką te osoby robiły było nauczanie mnie jak mam żyć wiarą na co dzień. Jednak nigdy nie powiedziano mi dlaczego Kościół tak naucza i dlaczego tak mam postępować. Ponieważ byłam bardzo niezadowolona z powodu wyznawanej wiary moja matka uległa, zgodziła się, abym uczęszczała na nabożeństwa do innych protestanckich Kościołów. Najpierw uczęszczałam na nabożeństwa do Zielonoświątkowców. Ten odłam miał bardzo silną grupę młodych ludzi. Chociaż Zielonoświątkowcy byli silni jeśli chodzi o emocje podczas nabożeństw, to z drugiej strony byli słabi jeśli chodzi o zawartość. Następnie uczęszczałam do zboru Baptystów. Oni bardziej studiowali Pismo Święte, co dodawało nieco istoty wiary, ale u Baptystów brakowało kultu Boga. Potem uczęszczałam na protestanckie nabożeństwa do Prezbiterianów i Metodystów. W tym czasie uczęszczałam na protestanckie nabożeństwa i jednocześnie uczęszczałam na katolickie katechezy w szkole. Jednak po zakończeniu lekcji religii ktoś trafnie określiłby mnie: „niewidzialna katoliczka”.

     Kiedy miałam 15 lat moja matka zaczęła uczęszczać na spotkania Świadków Jehowy. Ponieważ trzymała surową dyscyplinę w domu ja i moje rodzeństwo również musieliśmy uczęszczać na te spotkania. Z początku bardzo mi się podobało uczęszczanie na te spotkania i czułam się tak, jakby oni naprawdę nauczali nas Pisma Świętego. Co więcej świecki katecheta na lekcjach religii pozwalał mi mówić o tym, czego nauczyłam się podczas spotkań ze Świadkami Jehowy przy całej klasie. Jednak wkrótce odkryłam, że im bardziej moja rodzina studiowała Pismo Święte ze Świadkami Jehowy to tym więcej ograniczeń było narzucanych na mnie przez matkę, która coraz więcej zasad dotyczących Świadków Jehowy wprowadzała w życie. Na przykład nie wolno nam było obchodzić różnych świąt (włączając w to moje ulubione Święta Bożego Narodzenia), a uczestnictwo w zajęciach pozalekcyjnych takich jak koła naukowe oznaczało wykluczenie ze Świadków Jehowy.

     Im więcej restrykcji pojawiało się w domu z powodu przyjmowania stylu życia Świadków Jehowy to tym bardziej buntowałam się przeciwko mojej matce. To doprowadziło mnie do błędnych decyzji, które miały bardzo poważne konsekwencje. W tym czasie poznałam młodego mężczyznę, który był wychowywany w innym świecie wartości. Kiedy go poznałam to właśnie wyszedł na wolność z poprawczaka.. Ten mężczyzna był otwarty, żywy i lubił życie na wysokich obrotach, a także był starszy ode mnie o 5 lat. Był całkowitym przeciwieństwem mnie samej. Pokazał mi inny świat, który dla mnie był jednocześnie pociągający i przerażający.

     Po czterech miesiącach znajomości z tym mężczyzną przejęłam jego styl życia. Zaczęłam upijać się alkoholem, zażywać narkotyki, a także straciłam z nim dziewictwo. Co gorsza mając 16 lat zaszłam z nim w ciążę. Byłam przestraszona i naiwna. Nie wiedziałam co mam zrobić. Jednak moje koleżanki, które poddały się aborcji ( tu dodam, że niektóre z nich miały na sumieniu więcej niż jedną aborcję) doradzały mi, abym pozbyła się „tego czegoś”. Mówiły mi, że to nic wielkiego, a po dokonaniu aborcji w godzinach rannych bawiły się na dyskotece wieczorem. Niestety nikt nie wyjaśnił mi, że można było postąpić inaczej i nie zabijać nienarodzonego dziecka.

     Udałam się do kliniki aborcyjnej. Konsultantka nie powiedziała mi ani słowa o adopcji, lub pozostawienia dziecka przy życiu. Wyjaśniono mi tylko jak będzie wyglądała procedura aborcji. Ta kobieta powiedziała mi, abym poszła do domu i przemyślała sobie wszystko dodając, że jeśli zgodzę się na przeprowadzenie aborcji to mogę wrócić potem.

     Moja matka dowiedziała się, że zaszłam w nieplanowaną ciążę i zastanawiała się, co mam zrobić. Nie zaproponowała mi żadnego wsparcia, ani nie zachęcała mnie do pozostawienia tego dziecka przy życiu, lub oddania go do adopcji. Była na mnie wściekła i nie chciała, abym została samotną matką, tak jak ona, kiedy miała 16 lat. Więc postanowiłam, że poddam się aborcji ponieważ jedynie taką informację mi wtedy przedstawiono. Wtedy nie wiedziałam, że tego dnia nie zapomnę do końca życia.

     Była zima i padał śnieg. Stałam na przystanku i czekałam na autobus, który miał mnie zabrać do kliniki aborcyjnej. W pewnym momencie moja matka minęła się ze mną jadąc samochodem. Wiedziała dokąd jadę i nie zatrzymała mnie. Czterdzieści minut później dostałam się do kliniki aborcyjnej. Wtedy była ze mną moja koleżanka, która w przeszłości poddała się trzem aborcjom. Przyjechała ze mną do kliniki, aby mnie wspierać. Czekałyśmy w kolejce. Koleżanka zapewniała mnie, że to był mądry wybór. Dla niej było to nic wielkiego. Miałam wrażenie jakby byłyśmy tu po to, aby dokonać wycięcia wyrostka robaczkowego. Cała procedura aborcji trwała 20 minut. Podczas zabiegu byłam przytomna. Kiedy było już po wszystkim umieszczono mnie na łóżku w pozycji półleżącej w sali po zabiegowej. Aborcjoniści zakładali, że będę miała małe skurcze. Jednak kiedy środki znieczulające przestały działać to poczułam w sobie tak wielki ból, że ledwo mogłam się poruszać. Miałam tak bolesne skurcze, że musiałam pozostać znacznie dłużej w sali po zabiegowej niż inne kobiety, które tego dnia poddały się aborcji. Po 90 minutach moja koleżanka przyszła do mnie i razem poszłyśmy na przystanek autobusowy. W autobusie cały czas trzymała mnie za rękę. W tym czasie siedziałam bardzo pochylona z bólu, który był nieznośny, a wszyscy gapili się na mnie. Bolało mnie tak bardzo, że nie mogłam zapiąć spodni. Po wyjściu z autobusu ledwo doszłam do domu. Mama siedziała w kuchni za stołem i patrzyła na mnie, jak dosłownie czołgałam się po schodach do mojego pokoju i do łóżka. Leżałam w łóżku przez całe dwa dni.

     Procedura aborcji nie była taka łatwa, jak twierdziły wszystkie moje koleżanki. Sumienie mi mówiło, że to, co zrobiłam było złe. W pewnej chwili moja matka weszła do mojego pokoju i nazwała mnie morderczynią. W tamtym momencie wszystko stało się jasne. Moja matka miała rację. To nie było coś, tylko to było dziecko. Aborcjoniści nie usunęli mi wyrostka robaczkowego tylko zabili moje dziecko – nowego człowieka, a ja pozwoliłam im na to wszystko. Mimo, że nie miałam świadomości tego wszystkiego, to byłam tą osobą, która podjęła tą straszną decyzję i pozwoliłam na zabicie mojego nienarodzonego dziecka. Dotarło do mnie, że jestem odpowiedzialna za to zabójstwo. W tamtym momencie uświadomiłam sobie, że stałam się morderczynią.

     Pierwszą rzecz, jaką chciałam zrobić po aborcji było zastanowienie się, jak mogłabym naprawić to, co zrobiłam. Wpadłam w otchłań nienawiści do samej siebie i desperacji. Myślałam, że to co zrobiłam, było niewybaczalne. W ciągu 9 miesięcy ponownie zaszłam w ciążę, aby udowodnić, że poprawiłam się. Tym razem mocno postanowiłam sobie, że urodzę i wychowam to dziecko mimo, że mama starała się przekonać mnie do oddania go do adopcji. Niestety kiedy byłam w piątym miesiącu ciąży poroniłam. Byłam załamana, ponieważ chciałam oddać wszystko, aby tylko to dziecko przyszło na świat. Tym samym chciałam zrekompensować zabicie mojego pierwszego dziecka. Myślałam, że Bóg zabrał do siebie to drugie dziecko za to, co zrobiłam mojemu pierwszemu dziecku. Uważałam, że Bóg chciał mi powiedzieć przez to poronienie, że to co zrobiłam pierwszemu dziecku było niewybaczalne i dlatego nie pozwolił na to, abym urodziła drugie dziecko. „Oko za oko” - miałam wrażenie, że to mi chciał powiedzieć. Po poronieniu znalazłam się na dnie. Nienawidziłam samą siebie. Myślałam, że jestem szczególnie niekochana przez Boga i chciałam umrzeć. Przez cztery i pół roku moje życie wymknęło się spod kontroli do tego stopnia, że stałam się osobą bezdomną, mieszkającą w miejscowym parku.

Kathy Schwehm

Ciąg dalszy nastąpi

Tłumaczenie z j.ang. na j.pol: Marcin Rak

Źródło:http://www.catholicxjw.com/kathy.html

Komentarze (0)

Portal zywawiara.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy i wypowiedzi zamieszczanych przez internautów. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.